17 czerwca 2016

„Light”, „bez cukru”, „0% tłuszczu”… pomocne produkty czy wróg odchudzania?

Na sklepowych półkach prawie każdy produkt ma swój odpowiednik „light”, który obiecuje niezmieniony smak, a zarazem mniej kalorii. Brzmi prosto i bardzo pomocnie dla osób dbających o masę ciała, prawda? Skąd zatem lawina negatywnych opinii na temat tego typu produktów?

Aby producent mógł nazwać produkt „light” czy „lekkim”, musi on spełniać pewne kryteria. Najczęściej dotyczą one obniżenia kaloryczności w stosunku do produktu tradycyjnego o min. 30%. Zazwyczaj osiąga się to poprzez zmniejszenie udziału tłuszczu i/lub cukru w produkcie. Producenci starają się przeprowadzać  tego typu reformulacje bez utraty właściwości organoleptycznych, co jest niezwykle trudne.

 

Cukier zazwyczaj zastępowany jest bezkalorycznymi słodzikami, takimi jak aspartam czy stewia, co sprawia, że można obniżyć kaloryczność np. napojów do zera. Uwaga jednak na tłuszcze! W produkcie o zmniejszonej ilości cukru (np. czekoladzie), często zwiększa się udział tłuszczów, aby utrzymać smakowitość i konsystencję. Taki produkt może być opisany jako „nie zawiera cukru” lub „mniej cukru”, jednak w kwestii kaloryczności niewiele się zmieni. Wiele się słyszy o szkodliwości substancji słodzących, jednak międzynarodowe agencje bezpieczeństwa żywności nie wydały oświadczeń potwierdzających te podejrzenia. Prawdą natomiast jest, że każdy składnik żywności spożywany w nadmiarze może negatywnie wpływać na nasze zdrowie. I o ten umiar również w przypadku produktów „light” chodzi!

 

Nie zapominajmy, że cukier w produktach służy nie tylko nadaniu słodyczy. Jest również naturalną substancją zabezpieczającą przed psuciem, nadającą konsystencję i kolor. Produkty, które mają go mało, mogą wymagać zastosowania innych środków konserwujących, które niejednokrotnie znacznie bardziej niekorzystnie wpływają na organizm, niż naturalny i znany organizmowi cukier.

 

Sprawa ma się gorzej z tłuszczem, ponieważ trudno jest go zastąpić czymś bezkalorycznym, bez utraty smaku i aromatu – tłuszcz  jest bowiem ich najlepszym nośnikiem! Zdarza się, że zastępuje się go białkiem lub substancjami podobnymi do tłuszczów, ale odpornymi na działanie enzymów trawiennych. Część z nich – tak jak poliestry sacharozy czy olstra – nie jest jednak dopuszczona do użytku w Polsce. Zamiennikami tłuszczu mogą być również: błonnik (celuloza), gumy, inulina, emulgatory…  część z nich niesie ze sobą pewien ładunek kalorii, inne nie – znów więc kluczem do dobrego wyboru jest czytanie etykiet.

 

Hands of woman holding plate with green peas, mozzarella, herbs

Za produktami typu „light” na pewno stoi argument, że możemy się cieszyć smakiem (lub jego namiastką, w zależności od produktu) ulubionej potrawy czy przekąski, nie martwiąc się tak bardzo o kalorie. Ta grupa produktów ma jednak również swoje „przeciw”. Badania wykazują, że osoby spożywające produkty light czują mniejszą/krótszą sytość niż po spożyciu produktu tradycyjnego. To  logiczne – skoro mamy w nich mniej cukru i tłuszczu, efekt zaspokojenia głodu będzie mniejszy. Dodatkowo kupując produkt light, często czujemy przyzwolenie, że możemy zjeść go więcej, niż zjedlibyśmy produktu klasycznego. Efekt? Kaloryczny bilans ani drgnie, bo jemy więcej porcji!

 

Nie da się ukryć – w każdym aspekcie życia kluczowy jest umiar i świadomość. Jeśli dbamy o linię, warto sięgnąć po produkt light o korzystnym składzie. Zjedzmy go jednak tyle, ile byśmy zjedli standardowego odpowiednika! I czytajmy etykiety, bo np. cuda „bez cukru” mogą okazać się bombą tłuszczową! Najlepiej sami wprowadźmy kuchnię „light”:  gotujmy bez śmietany, zamiast cukru wyhodujmy na parapecie krzaczek stewii, a tłuszcz odmierzajmy łyżeczkami. Czasem najcięższą potrawę możemy odczarować poprzez niewielkie zmiany w jej składzie.

 

I pamiętaj: jeśli na co dzień dbasz o to, co jesz i ruszasz się regularnie, to nawet tradycyjna wersja ukochanego smakołyku od czasu do czasu nie wyrządzi szkody, a za to przysporzy pełnowymiarowej przyjemności!

Wróć