20 lipca 2015

Od poniedziałku przechodzę na dietę… Zanim po raz kolejny to zrobisz przeczytaj, dlaczego nie warto! ;)

Dziś poniedziałek. Dla ilu z was ten poniedziałek to właśnie „TEN”?

Ten, od którego zaczynacie dietę, która wreszcie przyniesie efekty? Ilu z was w tym momencie z niechęcią wspomina, że takich poniedziałków była już nieskończona ilość?

Są różne metody: szalone diety o absurdalnie niskiej kaloryczności i składzie, gotowe produkty zastępujące posiłki, dzięki którym nie musimy gotować ani liczyć, diety białkowe, tłuszczowe, warzywno-owocowe… można by wymieniać do jutra. Jest również podejście klasyczne – wizyta u dietetyka lub porada online i dopasowana dieta o racjonalnej kaloryczności i zbilansowanym składzie. Wszystkie wyżej wymienione mają jednak pewien wspólny mianownik – stosując je zawsze czegoś NIE WOLNO.

I tak jak na diecie białkowej czy tłuszczowej nie trzeba liczyć kalorii ani ograniczać porcji, tak nie wolno jeść węglowodanów (produktów mącznych, słodyczy etc.). Na diecie „proszkowo-batonowej” nie wolno jeść niczego poza owymi produktami (na które ciężko patrzeć już po kilku dniach), a stosując „dietetyczny klasyk” nie wolno słodyczy, tłustego ani alkoholu… Na ile wystarczy motywacji zanim nasza podstępna psychika dobierze nam się do skóry? Czasami na tydzień, miesiąc, czasem nawet na rok. Znamy mnóstwo osób, które kiedyś bardzo schudły, ale ile znamy takich, które są szczupłe nadal mimo upływającego czasu? Niezbyt wiele. Badania wskazują, że ponad 90% osób, które schudły, po pewnym czasie wraca to wyjściowej masy ciała lub nawet ją przekracza – nasze „kochane stare dobre jo-jo”.

 

Dlaczego? – pewnie teraz macie to pytanie w głowie Dziś wiadomo jedynie, że nie ma dobrej odpowiedzi. W dużym stopniu sam nasz organizm niezadowolony z utraty swego „ukochanego” tłuszczu (o tak! kocha go miłością ogromną – to on jest jego gwarancją przetrwania!) próbuje zmusić nas do odnowienia zapasów. Okazuje się, że osoby, które schudły, często mają upośledzone odczuwanie sytości – co oznacza, że organizm z opóźnieniem wysyła do mózgu sygnał, że dość już jedzenia, co skutkuje spożywaniem większych porcji. Nie bez znaczenia jest również zmiana w percepcji  smaków – duża część odchudzających się odczuwa zmniejszoną intensywność smaków, czego efektem jest spożywanie produktów o większej zawartości cukrów i tłuszczu, które są nośnikami smaku, a jednocześnie mają większą gęstość energetyczną (dużo kalorii w małej objętości). To główne punkty ze strony tej podstępnej fizjologii… ale zostaje do omówienia jeszcze coś.. Tak, tak, dobrze myślicie – chodzi o psyche! To w tym aspekcie dietetyczną „kraksę” zalicza większość z nas.

 

Ludzie będący na permanentnej diecie – to, co ich często łączy, to poczucie straty kiedy są „na diecie”. Lista „czerwonych” zakazanych produktów staje się listą tych najbardziej pożądanych, czasem nawet jeśli wcześniej za nimi nie przepadali. Teraz ich jeść nie wolno, więc stają się kuszącym zakazanym owocem. Zazwyczaj schemat wygląda tak – dieta trwa kilka dni, super się trzymają, jest moc! A tu nagle koleżanka z pracy ma urodziny i zrobiła boskie ciasto. Patrzycie na nie tęsknym wzrokiem, ale nie… nie zjecie! Trzeba być twardym! I tak stoicie dumnie dzierżąc w dłoni marchewkę i macie to super uczucie kiedy udało się wygrać tę bitwę. Za parę dni weekend, znajomi zaprosili na grilla, idziecie ze swoim pudełkiem warzyw do grillowania i piersią z kurczaka… zapachy kiełbasy i camemberta z żurawiną wokoło próbują was uwieść, ale nie – i tym razem się nie poddacie! Czy ktoś już policzył, ile takich „bitew” wygrał zanim poległ sromotnie pokonany przez tabliczkę czekolady spożytą w ciągu 5 minut, która zaatakowała go najpierw jedną niewinną kostką, by za chwilę, nie wiadomo kiedy w całości wpakować się do buzi? I to okropne uczucie potem, że wszystko stracone i wojna przegrana i już nieważne, czy to tylko jedna tabliczka, czy poprawiona pudełkiem ptasiego mleczka… i tak do następnego „TEGO” poniedziałku …

 

Psychologowie nazywają to EFEKTEM PRZERWANIA TAMY. Kiedy frustracja wokół jedzenia, którego nie możecie zjeść, narasta, aż w końcu skusicie się na jeden mały kawałeczek. Ten z pozoru niewinny okruszek wywołuje lawinę poczucia winy, że tym razem nie udało się wam powstrzymać i teraz to już wszystko przepadło i jesteście beznadziejni i te dni udanego dietowania nie liczą się w obliczu tego okruszka i poszły zupełnie na marne, więc co za różnica, czy zjecie okruszek czy całą miskę czegoś zakazanego.

 

A może by tak spróbować inaczej? Może by tak policzyć sobie, ile właściwie tych kalorii potrzebujemy, dodać do tego chociaż 30 minut aktywności fizycznej (30 min zrobi dużą różnicę!) i w ramach tej puli pozwolić sobie na coś „z czerwonej listy’? Nie mówimy tu o pizzy, czy całym ptasim mleczku codziennie (te produkty wykorzystałyby całe dzienne zapotrzebowanie :), ale czy nie żyłoby się łatwiej na diecie kiedy np. do codziennej kawy można zjeść jedno ulubione ciasteczko albo czekoladkę? To tylko jakieś 50-70kcal… a na „głowę” działa jak balsam! A jak te kilkadziesiąt kalorii zmieni się w kilkaset, no bo te urodziny koleżanki i ciasto… to potem lekka kolacja i dodatkowe 20 minut na rowerze, czy  hula hop i nic takiego się nie stanie! Większość z nas do diety podchodzi w systemie „wszystko albo nic”. Może czas to zmienić i przestać się katować?

 

Dieta musi być dopasowana do was i do tego jacy jesteście. Nie powinna być uciążliwą procedurą, która się kiedyś skończy, ma być integralną częścią życia, ledwo wyczuwalną i naturalną! Prawdą jest, że można jeść wszystko i chudnąć, tylko to „wszystko” powinno być w odpowiednich ilościach i z właściwą częstotliwością. Technologia wychodzi naprzeciw i podaje pomocną dłoń – fajnych aplikacji do notowania tego, co zjedliśmy, jest mnóstwo, warto też zakupić prostą wagę kuchenną, na której odmierzycie właściwą porcję ulubionego makaronu czy sera. Na początek przyda się profesjonalne wsparcie dietetyka, który pomoże określić, ile spalacie i ile możecie zjeść oraz jaka intensywność aktywności fizycznej będzie odpowiednia do zaplanowanej kaloryczności diety (zdziwieni? Z ćwiczeniami na diecie „IM WIĘCEJ TYM LEPIEJ” to mit! Prawdą jest, że niskokaloryczna dieta i duuuużo ćwiczeń powodują efekt odwrotny od zamierzonego… ale o tym może innym razem). Dobrze też móc zapytać kogoś mądrego o radę, nawet mailem czy smsem, w czasie tych pierwszych tygodni „nowego sposobu odżywiania– takie wsparcie to poczucie bezpieczeństwa, że robicie wszystko jak należy.

 

Efekt przychodzi wolniej? Prawdą jest, że im wolniej tym lepiej! Oznacza to mniej drastyczne zmiany w organizmie, co sprawia, że nie czuje się on zagrożony niedostatkiem pożywienia. Zazwyczaj nie tyjemy 10 kg w ciągu miesiąca… Pojawiło się dodatkowe 15 kg w ciągu minionego roku? Zaplanuj na rok ich zrzucanie!

 

Bądźmy wobec siebie realistami, a nie krytykami. Nie pobłażajmy sobie przesadnie, ale i nie karajmy się za drobne wpadki! To przecież nasze kochane ciało, nasze jedyne, jakie w tym życiu otrzymaliśmy Dużo łatwiej będzie o nie dbać, gdy spojrzymy na siebie przyjaznym okiem!

 

Mgr Ewa Kurowska, dietetyk kliniczny i sportowy

Woman with Healthy and Unhealthy Food. Difficult choice. Overwei

Wróć